żebraniu o pieniądze - w dodatku wciąż od tych samych ludzi - trzeba

widział, jak sprawca ucieka z budynku. Ktoś inny twierdził, że w środku są jeszcze ranni. No
- Co?!
samochodu wielu seryjnych morderców. Po prostu nie zdobyłby się na to.
Trzecia butelka szampana. Pełna. Jeszcze jedna za stare czasy. Jeszcze
stan wygramolił się z wozu.
i dzwonił. A jeśli zastawał ją w domu, nigdy nie miała czasu na rozmowę.
Było ciemno i bardzo dziwnie, bo najpierw myślała, a jej ciało reagowało
Przewrócili sypialnię Danny’ego do góry nogami, zasypali białym proszkiem i opuścili dom z
bezlitośnie Quincy. – Z nowym kolegą? Z kimś spoza miasta?
– Ach, chodzi ci o tę „tajemniczą łuskę”?
Bakersville.
– Nie ma problemu. – I rzeczywiście. Ostatnio Sara prawie nie zauważała męża. Jakiś
– Nie, odkąd spotkał Melissę Avalon – powiedział Quincy.
wałeś działania Sancheza jako wspólną robotę z kimś innym i rozwiązałeś

ścian były wielkimi szybami.

Abe Sanders pochłaniał omlet z trzech jaj przy najdalszym stoliku w barze u Marthy.
Jednak zamiast odejść, jak zahipnotyzowana wpatrywała się w Quincy’ego. Mocny
niż on.

Rutynowo odwiedzał cztery miasta w ciągu pięciu dni. Miał przy sobie neseser

278
- Więc lepiej niech cię obejdzie - poradził Diaz. - Będzie nam się
Susanna ze skruchą w głosie. - Powinnam była cię słuchać, a nie

planu opłacił prokuratora okręgowego i wynajął adwokata. Na to też

Rex zdjął z głowy czapkę z daszkiem i miął ją w palcach. - Nie - przyznał. - Odeszła ode mnie. - Och, Rex. - Dena na próżno starała się powstrzymać fasy. - Jak Lucretia. - Wie pan, zastanawiałem się nad tym. To znaczy, nad pańską pierwszą żoną. Nie było mnie wtedy tutaj. - Odeszła ode mnie. - Odeszła? Ale chyba... - Odeszła do nieba - wyjaśnił Rex. Zmarszczki na twarzy świadczyły o jego wieku. - Nie mogła tego dłużej znieść. Przez Sunny. - To mnie zawsze zastanawiało - wyznał T. John. Wpatrywał się w człowieka, który kiedyś był najpotężniejszym mężczyzną w okręgu Clackamas. - Choć był pan tak straszliwie zakochany w pierwszej żonie, dlaczego kręcił się pan koło innej kobiety? - Bo Lucretia była oziębłą suką, która nie wpuszczała go do swojego łóżka. - Dena! - Rex wstał, ale ona posłała mu spojrzenie, które roztopiłoby górę lodową. - Tak było. Wiem. Musiałam usuwać zamki z drzwi, kiedy się tu wprowadziłam. Nie wiem, co się stało, Rex, ani jak ci się udało mieć z nią dwoje dzieci, ale wiem, że ona cię zniszczyła. Traktowała cię jak trędowatego, a potem, kiedy znalazłeś sobie inną kobietę, odeszła na zawsze, włączając silnik swojego nowego samochodu i słuchając Elvisa! - To nie było tak. - Nawet dzieci jej nie obchodziły. Znalazł ją Derrick. Mała Angie była wtedy w kołysce. Co by się stało, gdyby wybuchł pożar albo Angie wypadła z kołyski i spadła ze schodów? Zastanawiałeś się kiedyś, jak czuł się Derrick, gdy znalazł martwą matkę za kierownicą jej cholernego prezentu urodzinowego? - Dena! - Nic dziwnego, że wyrósł na skurwiela. Każdy by wyrósł. Lucretia zasłużyła na śmierć. Każda przyzwoita kobieta najpierw zatroszczyłaby się o dzieci, a potem puszczała magnetofon w samochodzie. Była samolubna za życia i samolubnie umarła, a ty przez ostatnie trzydzieści lat bez przerwy się o to obwiniasz! Rex pobladł. Nie czuł nic, bo cały był odrętwiały. - Lucretia była aniołem. - Na miłość boską, Rex, otwórz oczy! - Znajdźcie Sunny - zwrócił się Rex do T. Johna. Ignorował żonę i jej gadanie, zupełnie jak przez ostatnie trzydzieści lat. - Nie mogę jej stracić. T. John wsunął okulary słoneczne na czubek nosa. - Gdzie jest Willie Ventura? - Teraz nazywa się Buchanan. - Jakkolwiek się teraz nazywa, zniknął. Wie pan coś o tym? - Dena go wyrzuciła. T. John spojrzał na drugą panią Buchanan. Dena potarła ramiona, jakby nagle zrobiło jej się zimno, a potem wzięła zapalniczkę i zapaliła papierosa. Płomień zadrżał. - Dostawałam gęsiej skórki, kiedy się tu kręcił. Parę razy dobrał się do alkoholu Reksa, z gabloty z bronią zginęła jedna strzelba i znalazłam go w pokoju Angie, jak wpatrywał się w ten przeklęty portret Lucretii. Wiem, że wszyscy uważają, że on jest nieszkodliwy, ale ten chłopak to diabeł. Wcielony diabeł. I nie jest tak głupi, za jakiego uchodzi. - Zamknij się, Dena! To mój syn. - Rex zadarł głowę i spojrzał na zastępcę szeryfa. - Jego też proszę znaleźć. Jeżeli się panu uda, to dam pieniądze na pańską kampanię wyborczą. Wiem, że zamierza pan kandydować na szeryfa. Najwyższy czas, żeby Floyd Dodds miał godnego konkurenta. Znajdzie pan mojego syna i Sunny, a ja będę pana sponsorem. Legalnie albo nielegalnie. Nieważne. Nie mogę stracić nikogo więcej z rodziny. - Przecież oni nie są twoją rodziną! - wrzasnęła Dena. Rex uśmiechnął się blado do żony. - Mylisz się, Dena. Zawsze się myliłaś. Cassidy nie miała pojęcia, jak długo jeszcze zdoła uczestniczyć w tej maskaradzie. Prawie nie odzywała się do Briga, od kiedy dowiedziała się, kim naprawdę jest. Uzgodnili plan działania, ale nie wiedziała, jak długo jeszcze będzie mogła udawać, że wszystko jest po staremu. Całe jej życie stanęło na głowie. Prawie nie widywała się z Brigiem. Mieszkali w tym samym domu i poświęcali czas tej samej sprawie - chcieli znaleźć sprawcę pożarów, ale niewiele mieli ze sobą wspólnego. Tak było bezpieczniej. Nie zjawiał się rano przy stawie, kiedy Cassidy pływała, ale upierał się, żeby chodziła tam z Ruskinem. W domu Cassidy celowo unikała Briga. Nie mogła dłużej ciągnąć tej farsy. Jej życie legło w gruzach.
mówił dalej. - To jak nić. Pociągniemy za nią i zobaczymy, czy coś
Mógł sprawdzać ogrodzenie, zaganiać stado kilka akrów dalej, mógł przycinać krzaki po pomocnej stronie posiadłości albo z innym pracownikiem robić zakupy w mieście. Zawiedziona, odgarnęła włosy z ramion. Miała nadzieję, że uspokoi się, gdy wiatr schłodzi jej kark. Przeszła obok pomieszczenia z maszynami i tam natknęła się na Briga. Starał się znaleźć dziurę w grubej czarnej oponie, obracając kołem w przepołowionej starej beczce po ropie, która miała metalowe nóżki, oszlifowane brzegi i rurkę u dołu, odprowadzającą wodę do ścieku. Wodę doprowadzał gumowy wąż, przytwierdzony do kranu. Brig miał rozpiętą koszulę i rękawy podwinięte do łokci. Marszczył w skupieniu brwi. Może i słyszał, że Angie się zbliża, ale nie dał tego po sobie poznać. Podniósł głowę dopiero, gdy jej cień padł na beczkę. Znalazł miejsce, gdzie z opony uchodziło powietrze i narysował kredą znak na czarnej gumie. - Myślałam, że masz pracować z końmi. - Angie oparła się o murowane ścianę. Czuła na plecach ciepło rozgrzanych przez słońce czerwonych cegieł. - Nie wiedziałem, że mnie pilnujesz. Podniosła lekceważąco ramię. - Bo nie pilnuję. - To dobrze. - Odwrócił się do niej plecami i wyjął brudną szmatę z kieszeni spodni. - Więc to nie mnie szukasz. - No niezupełnie. Wyprostował się i szelmowskim uśmiechem dał jej do zrozumienia, że kłamie. - Zabawne. Myślałem, że kogoś szukasz, bo tak biegałaś po wszystkich stajniach i stodołach. I pomyślałem, że może mnie. - Nie pochlebiaj sobie. Zachichotał. - Nie mam takiego zwyczaju. Przerzucił koło przez ramię i wszedł do magazynu. Angie z największą przyjemnością zadarłaby dumnie głowę i odwróciła się na pięcie, ale weszła za nim. - Dlaczego tak mnie nie cierpisz? - spytała, gdy znaleźli się w środku. Choć przez otwarte drzwi i kilka małych okienek wdzierało się światło słoneczne, które drażniło jej wzrok, duszne pomieszczenie było ciemne i tajemnicze. W powietrzu unosił się zapach ropy i smarów. Brig wciągnął koło na warsztat i szukał kleju do gumy i czegoś na łatę. - Ja cię nie cierpię? - Odwrócił się przez ramię. - Skąd ci to przyszło do głowy? - Bo mnie unikasz. - Mam robotę. - Ale z Cassidy rozmawiasz. - Ona się interesuje końmi - odpowiedział pośpiesznie i lekko zacisnął zęby. - A może interesuje się tobą? - Przecież to dziecko. - Ma szesnaście lat. - Mówię, że dziecko. - O mnie myślisz tak samo? Zaśmiał się i zmierzył wzrokiem jej krągłe biodra, kobiece wcięcie w talii i pełne piersi, ściśnięte pod rozpiętą bluzką czarnym stanikiem kostiumu kąpielowego. Na chwilę cynicznie zatrzymał wzrok we wgłębieniu między piersiami Angie, w którym zebrał się pot i kurz. - Ciebie nie można wziąć za dziecko. - Wypiął biodro i wyjął z kieszeni koszuli paczkę cameli. - Czego ode mnie chcesz? - Zapalił papierosa i wydmuchnął chmurę dymu. Wyjęła mu papierosa z ust i zaciągnęła się, zostawiając na białej bibule ślad szminki. Wypuściła dym nosem, tak jak na starych filmach robiła to Bette Davis. - Dlaczego myślisz, że czegoś chcę? - Poprawiła włosy i oddała mu papierosa. - Bo taką masz naturę. - Niewiele mnie znasz. - Wydęła lekko usta. - I to mi wystarczy. O Boże, on jej daje kosza. Żaden chłopak nigdy nie dał jej kosza. Większość za nią latała, a jej - z natury uwodzicielskiej i kuszącej - bardzo podobało się, gdy widziała pożądanie w ich oczach. Ale Brig był inny. Musiała go skłonić, żeby ją chciał. Krew w niej wrzała. On, syn zwariowanej półkrwi Indianki i robotnika z tartaku, który uciekł w siną dal, ma czelność zachowywać się tak, jakby jej wdzięki w ogóle na niego nie działały. Ona jednak wiedziała swoje. - A nie chciałbyś mnie poznać troszkę lepiej? - Przysunęła się do niego tak blisko, żeby musiał patrzeć na przedziałek w jej biuście. Z papierosem w ustach wydawał się nieprzystępny jak nieposkromiony kowboj. Mrużył oczy od dymu, ale nie odwrócił głowy. - Mam robotę. Muszę cię przeprosić.